poniedziałek, 30 października 2017

Piękno nie ma wieku


Moja babcia często mawia: "jesteś młoda, musisz się ładnie ubrać". Zawsze przyjmowałam takie zdanie z ulgą - jako rozgrzeszenie dla kupna kolejnej sukienki (no bo skoro babcia, która przez większość życia mogła sobie pozwolić na zaledwie kilka rzeczy w szafie twierdzi, że potrzebuję, no to chyba rzeczywiście potrzebuję). Im jednak jestem starsza, tym częściej takie zdanie mnie zastanawia - czy to oznacza, że z wiekiem już nie muszę się tak bardzo przejmować strojem i wyglądem?
Rzeczywiście świat mody często jawi się jako królestwo ludzi młodych, w którym nieubłagany upływ czasu odsyła modelki na emeryturę w wieku 30 lat, ponieważ na ich miejsce czeka już kolejka 13-latek. Nawet reklamy marek, których klientem docelowym są dojrzałe kobiety bazują na zdjęciach, w których młode dziewczyny prezentują garsonki i jednokolorowe sukienki do kolan.
Dlatego też pamiętam moje zdziwienie kiedy pierwszy raz zobaczyłam kampanię polskiej marki BOHOBOCO, w której pierwsze skrzypce gra 81-letnia Helena Norowicz. Co więcej, prezentowane przez nią zestawy równie dobrze wyglądają na niej, jak i na młodziutkiej modelce, która towarzyszy jej w kampanii. Niestandardowy wiek modelki zapewne miał przyciągać uwagę i zaskakiwać, ale zrobiono to w tak dystyngowany sposób, że ja byłam zachwycona efektami. 


Kolejnym przykładem stylowej seniorki jest jedyna i niepowtarzalna Iris Apfel. Jej sposób ubierania się jest tak ekscentryczny i pełen dystansu, że ciężko nie zwrócić na nią uwagi. Aż dziwne, że została szerzej zauważona dopiero po skończeniu 80 lat. Iris jest zawsze pełna kolorów i chyba nie zna słowa "przesada". Imponuje mi jej odważne podejście do stylu i wytrwałość w noszeniu ciężkiej biżuterii (myślę, że jej naszyjniki i bransolety użyte do jednej stylizacji spokojnie ważą kilka kilogramów).

Iris Apfel

Seniorki próbują swoich sił także w blogosferze. Tutaj najlepszym przykładem jest Accidental Icon - blog założony przez kobietę, która na co dzień wykłada na uniwersytecie i jest pracownikiem socjalnym. Kiedyś przez przypadek papparazzi zaczęli robić jej zdjęcia myśląc, że jest gwiazdą świata mody, albo kina. Wcale się nie dziwię fotografom - jej styl powala nowoczesnością i dopracowaniem, a zdjęcia wyglądają jak z sesji do najlepszych modowych magazynów. Dodatkowo jest ona świetnym przykładem, że warto nawet w sytuacjach codziennych przykładać wagę do swojego ubioru - można w ten sposób zostać ikoną mody :). Zachęcam do obejrzenia jej bloga - to zdecydowanie uczta dla oka. 

Accidental Icon

Bardzo popularny jest także portal modowy prezentujący stylizację starszych pań - Advanced Style (świetna nazwa!). Są tam zamieszczane zdjęcia kobiet, które mają różnorodny styl - mnie ostatnio urzekła piękna stylizacja niczym od Diora z ogromnym kapeluszem - właśnie taką babcią chcę kiedyś być.

Jedna z modelek z portalu Advanced Style

W polskiej blogosferze także można znaleźć kobiety 50+ - np. profesjonalny blog Katarzyny Bałakier. Seniorzy mają także swoje konta na instagramie - od kilku miesięcy śledzę profil japońskiej pary (@bonpon511), których stylizacje są zawsze idealnie do siebie dopasowane. Czasami są trochę infantylne (jaka przewrotność), ale cenię je za spójność, dopracowanie i fajne kolory. 

@bonpon511

Przykłady tego typu można mnożyć w nieskończoność - osoby starsze coraz częściej pojawiają się na okładkach poczytnych czasopism modowych, a nawet na wybiegach. Mam nadzieję, że nie jest to tylko chwilowy trend, ale coś, co zostanie na dłużej - bo przecież moda nie dotyczy tylko ludzi młodych. 

Ja zdecydowanie rozbuduję swoją listę planów na emeryturę. Prócz uczęszczania na wykłady na uniwersytecie trzeciego wieku, korzystania z biletów seniora do teatrów i filharmonii, zostanę ikoną mody (jeśli oczywiście nie uda mi się to przed emeryturą). No i oczywiście w wieku 80 lat chciałabym móc podnieść nogę tak wysoko jak pani Helena w kampanii BOHOBOCO - podobno nawet potrafi zrobić szpagat, ale to już chyba sobie odpuszczę, nie można być wobec siebie przesadnie wymagającym.







środa, 9 sierpnia 2017

Odgrzewany kotlet


Generalnie lubię jak jest ciepło, ale upały w mieście są ciężkie do zniesienia. W tak gorące dni dziękuję niebiosom za pracę w klimatyzowanym biurze. W tym okresie walka o dostęp do sterowania klimatyzacją pomiędzy amatorami chłodu, a wielbicielkami ciepła ustaje (rodzaj żeński został tutaj użyty nie bez powodu*).
Tegoroczne upały przypomniały mi o niewykorzystanych zdjęciach z zeszłego roku. Jest to trochę odgrzewany kotlet - po pierwsze dlatego, że zdjęcia są zeszłoroczne (już zdążyłam zapomnieć jakie długie włosy miałam!), a po drugie - było podobnie gorąco i rzeczywiście miałam wtedy wrażenie, że się usmażę. Nawet lniana koszula i jasne kolory nie pomogły.
Białe spodnie w takie upały stanowią często podstawę moich stylizacji. Jest to chyba ogólny trend, że białe spodnie nosi się głównie w ciepłe dni. Daje się to wytłumaczyć z punktu widzenia fizyki - białe ubrania nie nagrzewają się tak w upalne dni jak ciemne.
Do białych spodni dodałam błękitną koszulę oraz beżowo-brązowe dodatki (określenie dokładnego koloru butów i torebki nadal pozostaje dyskusyjne). 
Zapraszam do oglądania zdjęć - ich dodatkowym atutem jest to, że zostały wykonane w iście biurowym otoczeniu - w okolicach biurowca Spire. Jak pisałam już wielokrotnie - dzięki temu blogowi mam okazję odwiedzać i poznawać nowe, ciekawe miejsca w stolicy.

Koszula - Lambert
Spodnie i torebka - Zara
Buty - Ryłko
Bransoletka - Yes
Zegarek -  Lorus

*Podobno holenderscy naukowcy (tak - nie amerykańscy, a holenderscy) wyjaśnili, czemu kobiety mają problem z niską temperaturą w biurze. Ciało mężczyzny wydziela więcej ciepła niż ciało kobiety. Natomiast w większości krajów przepisy dotyczące preferowanej temperatury w przestrzeniach biurowych pochodzą z lat 60. ubiegłego wieku i uwzględniają odczuwanie ciepła przez mężczyzn w wieku 40 lat, o standardowej wadze 70 kg. W Holandii przepisy te uznano wręcz za dyskryminujące (trudno się nie zgodzić :)).
Pocieszające jest jednak to, że biurowe walki o temperaturę nie są tylko fanaberią moją i moich koleżanek.


 fot. Adam Myszkowski












A na koniec coś na ochłodę...






wtorek, 18 kwietnia 2017

Ale jednak lubię słońce...


Zgodnie z zasadami pozytywnego podejścia do życia ten post powinien zaczynać się zdaniem: "Wiosna jest moją ulubioną porą roku". Ja jednak zaryzykuję i przyznam się, że w moim przypadku tak nie jest. Dużo pada, raz jest ciepło, a raz zimno. Nie wiadomo jak się ubrać - czasami człowiek się przegrzewa, bo ubierze jesionkę a tego dnia akurat wyszło słońce, a raz umiera z zimna bo pada deszcz ze śniegiem. Codziennie stoję przed szafą i zastanawiam się, w co się ubrać - czy wszystko do siebie pasuje, czy kolory są odpowiednie, czy będzie mi wygodnie itd. Dokładanie do tych wszystkich zmiennych kapryśnej pogody jest dla mnie zbyt dużym wyzwaniem. 
Co więcej, co roku od wielu lat popełniam ten sam błąd - wystarczy jeden ciepły i słoneczny dzień, a mój mózg automatycznie zapomina, że jest coś takiego jak zima i do czego służy czapka i szalik. W związku z tym marznę, jeśli tylko temperatura spadnie poniżej akceptowalnego dla mnie poziomu. Co kończy się przeziębieniem, którego kulminacyjny moment przypada z reguły na te najcieplejsze dni wiosny - a wiadomo, że chorowanie jest najbardziej dotkliwe gdy jest ciepło. 
Podczas robienia zdjęć do tego posta także przeszłam przez wszystkie etapy wiosennej pogody - najpierw umierałam z zimna, a jak tylko wyszło słońce, to spokojnie mogłam zdjąć płaszcz i nie zamarznąć. 
W robieniu zdjęć zdecydowanie pomogło słońce, które, nawet taka pesymistka jak ja, uzna za dobrą stronę wiosny. To właśnie słońce skłoniło mnie do wyciągnięcia z szafy jaśniejszych kolorów. Tym razem zdecydowałam się na beżowe, wygodne spodnie i białą koszulę. Taki zestaw jest świetny, bo można go połączyć zarówno ze sportowymi butami i np. iść na długi spacer, ale także założyć obcasy i wyglądać profesjonalnie. Do tego prochowiec i mój ulubiony skórzany plecak, z którym nie rozstaję się od kilku miesięcy. 
Prócz wiosennego słońca pomocny był także pan ochroniarz, który pozwolił nam zrobić zdjęcia na balkonie z przepięknym widokiem (czasami warto zapytać). 
Zachęcam do obejrzenia zdjęć!

Bluzka - H&M
Spodnie - Simple
Plecak - No name (kupiony na straganie w Grecji)
Naszyjnik - Colibra
Zegarek - Lorus
Płaszcz i tenisówki - Zara
Czarne buty - Clarks


fot. Blanka Mazana

























































środa, 22 marca 2017

Marilyn Monroe pianistyki

Wczoraj były urodziny Bacha. To jest dzień, który szczególnie świętuję (chyba nawet bardziej niż własne urodziny, do których nie przyznaję się od jakiegoś czasu - dokładnie od kilku tygodni). 

Myślę, że dobrym sposobem na uczczenie tego jubileuszu jest afirmacja piękna. Muzyka Bacha jest przecież pięknem idealnym - niebanalnym, czasami ciężkim do uchwycenia i ukrytym gdzieś w gąszczu intelektu. Muszę powiedzieć, że jednym z aspektów, które szczególnie cenię w tej muzyce jest głęboko schowana wrażliwość, na której odnalezienie musimy poświęcić trochę czasu i energii. Mam wrażenie, że ten wysiłek wprowadza pewien aspekt intymności i dzięki temu dużo bardziej się ją docenia, niż np. muzykę romantyczną, która piękne frazy podaje wprost, „na talerzu” (choć muzykę epoki romantyzmu też kocham). 

Dzisiaj natomiast chciałam Wam przybliżyć piękno, które jest trochę bardziej dosłowne niż muzyka wielkiego niemieckiego kompozytora. Jakiś czas temu natrafiłam na świetną pianistkę, która dodatkowo bardzo dużą uwagę zwraca na stroje. Nie są to typowe stylizacje dla pianistek - sukienki podkreślające wydatne kształty i duże dekolty (bardzo często także na plecach). Khatia Buniatishvili trochę przypomina mi Marilyn Monroe - nawet fryzura jest podobna, choć kolor włosów diametralnie inny. 

Czasami dajemy jednej osobie prawo tylko do dysponowania jednym rodzajem piękna - albo wewnętrznym albo zewnętrznym. Sama nie wiem, z czego to wynika, ale chyba tak już jest. Khatia łączy w sobie oba te rodzaje, co można usłyszeć słuchając jej wykonań. Nigdy nie miałam okazji słuchać jej na żywo, ale zakładam, że wchodząc na scenę wzbudza najpierw zachwyt swoim wyglądem, a później siada do fortepianu, przymyka oczy i wzbudza zachwyt swoją grą. 






Na dzisiejszą okazję szczególnie polecam jej wykonanie fragmentu Kantaty urodzinowej (BWV 208). Bach z pewnością byłby zachwycony. 
Koncert, z którego pochodzi nagranie odbył się w lesie. Warto też zwrócić uwagę na dobór stroju - w szczególności obuwia (kozaki w lesie są niezbędne - wiadomo, kleszcze w trawie nie śpią i należy dbać o swoje bezpieczeństwo).