wtorek, 26 stycznia 2016

Sztuka nowoczesna


Dzisiaj na blogu stylizacja zupełnie niebiurowa, ale za to idealna na zimowe weekendy. Takie weekendy kojarzą mi się z czytaniem książek bez opamiętania, ciepłą kawą i ewentualnie wyjściem do galerii. Na nic innego nie mam ochoty i wcale się nie zmuszam :)
Jak się okazuje, galeria (a raczej kawiarnia obok niej) sprawdza się nie tylko jako miejsce do omawiania ostatnio przeczytanych lektur, ale także tło do sesji na bloga. Ta obok Muzeum Sztuki Nowoczesnej ma wszystko, czego potrzebuję - dużo książek, ciepłą kawę i fajne wnętrze. 
Tym razem ubrałam się wygodnie i ciepło. Wełniany sweter marki Solar zachwycił mnie od samego początku. Fantazyjny wzór doczekał się już wielu interpretacji czołowych krytyków sztuki współczesnej. Jedni twierdzą, że przedstawia kwiecistą wiosenną łąkę, która kontrastuje z ciepłą, wełnianą wymową swetra. Inni widzą na nim nalot ufo na ziemię obwieszczający rychły koniec kolorowego świata. A jeszcze inni dostrzegają leniwca wspinającego się po drzewie, który wyraża ukrytą (chociaż w zimowe wieczory całkiem widoczną) leniwą naturę właścicielki. 
A Wam jaka interpretacja przychodzi do głowy? Piszcie w komentarzach - każdy pomysł jest dobry! 

Do tego dobrałam zwykłe czarne spodnie, długie wygodne kozaki, czarny płaszcz i wystrzałowe rękawiczki pasujące do swetra (to nic, że jak zapięłam płaszcz to nie było już widać tego efektu...). Stylizację dopełniłam czerwoną torebką. 

Sweter - Solar
Spodnie - Zara
Buty - Loft37
Płaszcz - Jake's
Rękawiczki - No name
Torba - Simple  

Dziękujemy za współpracę kawiarni EMESEN

fot. Piotr Wideryński 
































środa, 13 stycznia 2016

Raport miesięczny - grudzień; część druga

Dzisiaj zapraszam na drugą część raportu miesięcznego (w tym miesiącu już ostatnią). Także będzie trochę skandynawsko, trochę mroczno, a na koniec lekko melancholijnie.


2. Filmy
2.1 "Polowanie" reż. T. Viterberg


Zgodnie z zapowiedzią zacznę od filmu skandynawskiego i to od bardzo dobrego filmu. Akcja dzieje się w sielskim duńskim miasteczku, w którym mieszka i pracuje (jako opiekun w przedszkolu) główny bohater - Lucas. Pewnego dnia padają pod jego adresem zarzuty dotyczące molestowania jednego z dzieci. Plotka bardzo szybko rozchodzi się po okolicy i Lucas staje się ofiarą nagonki. Od samego początku wiemy, że główny bohater jest niewinny, ale całe jego otoczenie ufa opowieści dziewczynki, bo przecież (co jest wielokrotnie podkreślane w filmie) dzieci nie kłamią. Mimo, że dziewczynka po jakimś czasie przyznaje się, że wymyśliła całą historię, to jej matka stwierdza, że jest to tylko oznaka wyparcia z pamięci złego doświadczenia.
Lucas momentalnie zostaje wykluczony ze społeczeństwa, które tak mocno dąży do ideału, że nawet ludzi podejrzanych o niespełnianie kryteriów wyklucza ze swojego grona.
Film ma świetny scenariusz, a także zachwyca skandynawskim klimatem i aktorstwem na najwyższym poziomie. Mads Mikkelsen świetnie sobie poradził z główną rolą - czasami mu współczujemy, a czasami dziwimy się jego zachowaniu.
Zdecydowanie polecam!

2.2 "Tom" X. Dolan

No dobra - wiem, że przesadzam z liczbą pochłanianych filmów Xaviera Dolana, ale nie jestem w stanie się powstrzymać.
Tym razem Dolan (który także w tym filmie gra główną rolę) nie zabija swojej matki. Grana przez niego postać to gej, który po śmierci swojego partnera wyrusza do jego rodzinnego domu na pogrzeb. Z początku chce jak najszybciej opuścić miejsce, do którego się udał. Jednak z czasem zagłębia się w chorą i niejednoznaczną relację z bratem swojego byłego chłopaka, który z jednej strony jest agresywny, a z drugiej uwodzi głównego bohatera.
W tym filmie Dolan kolejny raz dowodzi swojego mistrzostwa. Film nie jest może tak dobry jak np. "Mommy", ale jak zwykle u Dolana zachwyca atmosferą (tym razem ciężką i mroczną) oraz opowieścią o trudnych relacjach pomiędzy bohaterami.

2.3 "Młodość" P. Sorrentino

Po tych wszystkich depresyjnych filmach przyszedł czas na coś bardziej optymistycznego. Film równie piękny jak poprzednie dzieło tego reżysera (o sugestywnym tytule "Wielkie piękno").
Już sama strona wizualna jest tak olśniewająca, że należy go zobaczyć - film prawie w całości jest złożony z przepięknych kadrów. Oczywiście zawiera także dawkę ironii i lekkiego kiczu (teledysk gwiazdy pop jest rozbrajający), ale wszystko jest podane w bardzo wykwintny  sposób.
Akcja rozgrywa się w szwajcarskim hotelu, gdzie dwójka przyjaciół w podeszłym wieku w zupełnie odmienny sposób spędza swoje ostatnie dni. Jeden z nich (kompozytor i dyrygent) twierdzi, że jest na emeryturze i nie chce powrócić do muzyki nawet dla samej królowej angielskiej. Drugi jest reżyserem, który właśnie pracuje nad scenariuszem do dzieła swojego życia. Oboje przyjaźnią się od lat i twierdzą, że było to możliwe tylko dlatego, że mówią sobie wyłącznie dobre rzeczy.
Prócz głównych bohaterów podglądamy ukradkiem także innych mieszkańców hotelu, który oderwany od reszty świata staje się swoistym mikrokosmosem pozwalającym na obserwację uczuć i zachowań z dużo większą dbałością o szczegóły i intensywnością.
Jest to film, który można oglądać wielokrotnie i cały czas znajdować w nim coś nowego - zwrócić uwagę na nowy szczegół lub nową postać. Ja z pewnością jeszcze do niego wrócę.
Ktoś powiedział, że przypomina klimatem "Czarodziejską górę" Manna - jest to argument, który ostatecznie przekonuje mnie do wciągnięcia tej pozycji na moją listę "TO READ". Chyba warto?

PS. W tym miesiącu obejrzałam też film "The Intern", ale szkoda miejsca na jego  pełną recenzję. Nie polecam – szkoda czasu - chyba, że badacie schematyzm w amerykańskim kinie. Spodziewałam się czegoś więcej po Robercie De Niro i Anne Hatheway (może nie filmu psychologicznego, ale komedii na dobrym poziomie).
 

 


wtorek, 12 stycznia 2016

Raport miesięczny - grudzień; część pierwsza

Ostatnio panuje moda na styl skandynawski. W tym miesiącu jak najbardziej się w nią wpisałam i przeczytałam dwie książki skandynawskich autorów. Zapraszam na pierwszą część raportu miesięcznego.


1. Książki
1.1 "Ja nie jestem Miriam" M. Axelsson

Najnowsza powieść szwedzkiej autorki opowiada o życiu z tajemnicą w tle. Tajemnicą tym bardziej uciążliwą, że wiążącą się z bólem, cierpieniem i utratą bliskich osób.
Główną bohaterkę, mieszkającą w Szwecji Miriam, poznajmy w dniu jej 85 urodzin. Otoczona rodziną wydaje się mieć wszystko, czego osoba w tym wieku potrzebuje. Ciągle jednak męczą ją koszmary i wracają do niej wspomnienia z dwóch tragicznych lat jej młodości, które spędziła w obozach koncentracyjnych (najpierw Auschwitz, a później Ravensbruck).
Zagłębiamy się w życie Miriam z perspektywy trzech najważniejszych dla jej losów okresów, których fragmenty przytaczane są w powieści zamiennie, aż w końcu łączą się w jedną spójną i logiczną całość.
Pierwszy okres dotyczy pobytu w obozach, w których główna bohaterka znalazła się z powodu romskiego pochodzenia. Dziwny przypadek sprawia, że zmienia tożsamość i zaczyna podawać się za Żydówkę o imieniu Miriam. W gruncie rzeczy okazuje się to zaletą, bo po wojnie trafia do Szwecji, gdzie obowiązuje zakaz przyjmowania Romów. I tutaj przenosimy się do kolejnego okresu, czyli początków pobytu w Szwecji. Negatywne postrzeganie Romów i spychanie ich na margines społeczny sprawia, że Miriam utwierdza się w przekonaniu, że po wyjawieniu swojej tajemnicy zostanie wyklęta przez swoją rodzinę i znajomych. Wspomnienia związane z obozem i rodziną wywołują w niej niemal fizyczne reakcje. Jej życie staje się ciągłą walką o to, żeby z jednej strony nie zapomnieć o romskiej rodzinie, a z drugiej, nie opowiedzieć o swoich emocjach i wspomnieniach. Bez wyjawiania tajemnicy Miriam dotrwała aż do swoich 85 urodzin. Opowieść, co się dzieje w tym dniu, jest ostatnim z opowiadanych wydarzeń.
Muszę przyznać, że lektura tej książki wiązała się dla mnie z dużym wysiłkiem emocjonalnym. Zestawienie dotkliwych opisów życia obozowego, z późniejszym tragizmem związanym z ciągłym kłamstwem i niemożnością wyjawienia swojej tajemnicy bardzo mnie poruszyło. Nigdy nie da się zapomnieć, wymazać istotnych wydarzeń z historii naszego życia i funkcjonować bez rozmyślania o nich. Niewyjawione tajemnice stają się ciężarem, który sprawia, że nie wiemy, czy jesteśmy akceptowani przez bliskie osoby w pełni.
Zdecydowanie polecam!

1.2 "Moja walka" K. O. Knausgard




Druga część dość dziwnej biografii norweskiego pisarza, w której opisuje  (mniej lub bardziej chronologicznie) wydarzenia swojego życia. Pierwsza część, która skupiała się na relacji z rodzicami i dzieciństwie bardzo mi się podobała. Natomiast druga absolutnie mnie zachwyciła!
Tym razem autor opisuje swoje pierwsze lata pobytu w Szwecji, założenie rodziny, przyjście na świat swoich dzieci oraz przytłaczającą codzienność bycia rodzicem.
Książka ta jest zupełnie inna od opisywanej powyżej - nie ma w niej tajemnicy, a wręcz przeciwnie - autor niczego przed nami nie ukrywa i mówi nawet o najbardziej wstydliwych uczuciach. Nie ma w niej także określonej fabuły i rytmu, który może nam ułatwić zmierzanie do końca książki. Nie uznaję tego za wadę, chociaż czasami, wielokrotnie wielostronicowe dygresje mogą spowodować, że nie wiemy, o którym momencie jego życia teraz czytamy (czy jest to moment między pierwszym a drugim dzieckiem, czy może między drugim a trzecim?).
Jednak ja wcale nie oczekiwałam od tej książki zwrotów akcji i sensacyjnych wydarzeń. Zagłębiałam się w szczegóły, które opisywał i jego spostrzeżenia na temat otaczającego świata. Autor serwuje nam opisy niezliczonych czynności domowych, które absolutnie nie mają w sobie nic ciekawego, ale pozwalają wprowadzić nas w jego codzienność wiążącą się nierzadko z frustracją i uczuciem niemocy ("...nowoczesny i sfeminizowany chodziłem ulicami Sztokholmu, nosząc w sobie wściekłego mężczyznę z dziewiętnastego wieku").  Później znienacka przytacza rozważania filozoficzne o sztuce, literaturze, otaczającym świecie lub opisuje wydarzenie, które miało wpływ na jego pojmowanie świata.
Jest to jedna z niewielu biografii, w których czuję, że nic nie jest udawane, kreowane i wyolbrzymiane. Jest to niezmiernie trudne, w szczególności  w przypadku autobiografii, z czego autor świetnie zdaje sobie sprawę. 

"Wiele można powiedzieć o obrazie samego siebie, lecz na pewno nie to, że kształtuje się on w chłodnych salach rozsądku. Umysł może go zrozumieć, ale władzy, by nim sterować, nie ma.  Obraz samego siebie to nie tylko to, kim się jest, lecz również to, kim chce się być, mogłoby się być lub kiedyś się było. Dla obrazu samego siebie nie ma różnicy między tym, co realne, a tym co hipotetyczne."

Książkę bardzo polecam - w szczególności smakoszom szczegółów codziennego życia i lekko filozoficznych rozważań na ich temat.

.