piątek, 29 lipca 2016

Krata na Grochowie


Jedną z zalet mojego bloga, którą dostrzegłam dopiero po jego założeniu, jest szansa na poznawanie nowych miejsc w Warszawie i okolicy. W związku z tym, że mieszkam tutaj dopiero od kilku lat, a na co dzień poruszam się transportem podziemnym, rzadko mam okazję podziwiać mniej lub bardziej estetyczne warszawskie rejony. 
Jednym z miejsc, które poznałam dzięki blogowi, jest Przyczółek Grochowski. Przez niektórych uważany za wizjonerskie osiedle zaprojektowane przez wybitnych architektów Zofię i Oskara Hansenów, przez innych za nieudany eksperyment i relikt poprzedniej epoki. Niezależnie od opinii jest to miejsce bardzo nietypowe - sam budynek ma 1,5 km długości i mieszka w nim ok. 7 tys. osób. Do mieszkań wchodzi się z galerii, które ciągną się przez całą długość budynku. 
Czytałam kiedyś o nim w książkach Filipa Springera*, ale jakoś nigdy nie miałam okazji go odwiedzić (wizja zwiedzania bloku z wielkiej płyty nie wydawała mi się zachęcająca). Dzięki blogowi w końcu miałam okazję. 
Co prawda jest to dosyć osobliwe miejsce na sesję biurową, ale idealne do zaprezentowania marynarki w kratę, która także kojarzy mi się z tamtymi czasami. Kiedyś tweedowe marynarki były domeną podstarzałych profesorów, których czasy młodości przypadały na lata 70. Kilka sezonów temu (na fali fascynacji stylem vintage) znów powróciły do łask. Moja ma nawet łaty na łokciach, które dzisiaj są wyłącznie ozdobą, ale pierwotnie miały za zadanie przedłużyć żywotność tej części garderoby. Marynarka tego typu nadaje się na mniej formalne spotkania i świetnie sprawdza się w zimnym klimatyzowanym biurze. Dobrałam do niej bardzo klasyczne elementy - czarne spodnie i białą wygodną bluzkę. 

Marynarka - Zara
Bluzka - Mon Amie
Spodnie - AGGI
Buty - Venezia
Torba - no name 
Zegarek - Lorus
Bransoletka - Apart 
Okulary - Zara

* Filip Springer znany jest z fascynacji architekturą modernistyczną. O Przyczółku Grochowskim pisał w książce "Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL-u" oraz "Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach". 


fot. Blanka Mazana
















poniedziałek, 18 lipca 2016

Raport miesięczny - czerwiec; część druga

W tym miesiącu nie miałam zbyt wielu okazji do oglądania filmów - w związku z tym poniżej tylko dwie recenzje. 


2. Filmy
2.1 "Wszystko się może przytrafić" reż. Marcel Łoziński 

Świetny film, który opiera się na obserwacji 6-letniego chłopca jeżdżącego na hulajnodze po parku. Prócz zwyczajnych rzeczy, które dzieci robią w parku (przyglądanie się wiewiórkom, zbieranie patyków, sikanie…) Tomek zatrzymuje się przy siedzących na ławkach starszych ludziach i zadaje im pytania. Pytania te, mam wrażenie, mogą być zadane bez skrępowania tylko przez dziecko, i to właśnie dziecko ma szansę otrzymać prawdziwie szczerą odpowiedź - wolną od nadmiernej szczegółowości i interpretacji. Film przybiera w związku z tym formę niezwykłej historii o życiu, szczęściu, akceptacji, ale także tęsknocie, samotności i bólu starości. 
Ten niby-dokument zrobił na mnie ogromne wrażenie. W szczególności przekonanie chłopca, że wszystko może się zdarzyć i jego niezgoda na nieuchronną śmierć, z którą jego rozmówcy są już od dawna pogodzeni (bo przecież może się tak stać, że człowiek będzie żył 120 lat).  
Z pewnością nie jest to ostatni film tego reżysera, który zobaczyłam. Tym bardziej, że wiele prac Marcela Łozińskiego oraz jego starszego syna Pawła Łozińskiego dostępnych jest na mojej ulubionej Ninatece.  

2.2 "The Dressmaker" reż. Jocelyn Moorhouse

Po przeczytaniu opisu filmu byłam przekonana, że będzie on dla mnie idealny - lata 50., piękne stroje, które grają jedną z kluczowych ról, oraz uwielbiana przeze mnie Kate Winslet. Niestety film nieco mnie rozczarował. 
Myrtle po wielu latach od wygnania ze swojej wioski wraca, żeby rozprawić się z ciężkimi wspomnieniami i oskarżeniami dawnych sąsiadów. Kiedyś brudna i zaniedbana dziewczynka powraca jako pięknie ubrana krawcowa, która potrafi widowiskowymi sukniami zjednać sobie nie tylko damską część miasteczka. Konfrontacja okazuje się jednak trudniejsza niż przypuszczała. Cała historia nie kończy się optymistycznie, ale fabuła ma tutaj drugorzędne znaczenie. Istotniejszy jest sposób opowiedzenia całej historii - sarkastyczny i przerysowany. Może dlatego, że zupełnie się tego nie spodziewałam, nie przypadł mi on do gustu, chociaż z reguły lubię tego typu filmy. Tutaj wszystko było (o ironio!) jakoś źle skrojone i źle dopasowane. Nawet sama Kate Winslet nie do końca była przekonywująca w swojej roli. 
Ciężko jednak odmówić temu filmowi pewnego klimatu. Świetne były także stroje i niektóre kreacja aktorskie (rola policjanta uwielbiającego przebierać się w damskie ciuszki była genialna!). 



niedziela, 17 lipca 2016

Raport miesięczny - czerwiec; część pierwsza

Dzisiaj trochę nietypowo, bo niedzielnie - zapraszam na pierwszą (książkową) część raportu miesięcznego. 

1. Książki
1. 1 "Vernon Subutex" V. Despentes

Ta ponura powieść rozgrywa się wokół losów 50-letniego Vernona - byłego właściciela sklepu z płytami, który zostaje eksmitowany ze swojego mieszkania i zaczyna tułaczkę wśród swoich bliższych i dalszych znajomych. Bardzo ciekawy jest sposób narracji - cała akcja przedstawiona jest z punktu widzenia wielu osób. Muszę przyznać, że z początku mnie to denerwowało - zaczynałam poznawać bohatera, rozbudzona została we mnie ciekawość jego dalszych losów i nagle, wręcz brutalnie, zostałam przeniesiona do zupełnie innego świata, w którym Veronon i jego losy były tylko dodatkiem. Z biegiem czasu doceniłam jednak ten styl pisania. Pozwala on na spojrzenie na jedną sytuację z wielu perspektyw. Książka staje się dzięki temu serią portretów niedoskonałych i w większości rozczarowanych swoim życiem mieszkańców współczesnego Paryża. Poznajemy m.in. byłych imprezowiczów zmagających się z problemami dorosłego życia, młodą wyznawczynię islamu, byłą gwiazdę porno, bogatych mieszczan oraz bezdomnych. Niewątpliwe największe wrażenie zrobiła na mnie opowieść mężczyzny, który przez lata bił swoją żonę i (o dziwo) ciągle nie uważa brutalności za coś złego. 
Ciężko niestety powiedzieć, na ile te skondensowane opisy są realne - jako niedowiarek z natury, w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy autorka zdążyła poznać i dogłębnie przemyśleć autentyczność swoich bohaterów. W tym kontekście ich wielość i różnorodność może być odbierana jako wada. 
Mimo wszystko bardzo polecam książkę i już czekam na kolejne części. 

1.2. "Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego" L.Pańków 

Książka, która była dla mnie sentymentalnym powrotem na Ursynów, na którym spędziłam kilka lat swojego życia. Myślę, że gdybym miała szansę przeczytać ją kilka lat temu z pewnością przyglądałabym się dużo dokładniej tamtejszym blokowiskom. 
Większość książki skupia się na procesie projektowania oraz budowania Ursynowa Północnego. Procesie niełatwym, bo polegającym na walce słusznych idei z socjalistyczną rzeczywistością wszechobecnego braku. Prócz historii koncepcji urbanistycznej autorka przygląda się także budowaniu ursynowskiej tożsamości oraz wytwarzaniu więzi sąsiedzkich. 
Książkę polecam w szczególności mieszkańcom Ursynowa - myślę, że może pełnić rolę przewodnika podczas nietypowej wycieczki po Ursynowie, który ma swoją niedługą, ale intensywną historię. 


wtorek, 5 lipca 2016

Prawie zupełnie klasycznie


Zauważyłam, że z biegiem czasu chętniej sięgam po proste stylizacje. Nie wiem, czy to kwestia wieku, pogłębiającego się lenistwa, czy tego, że biurowe części garderoby zawładnęły moją szafą. Faktem jest to, że coraz częściej przeglądając coś w sklepie zadaję sobie pytanie "czy mogę pokazać się w tym w pracy?". Trochę mnie to martwi. W związku z tym moim celem na najbliższe wyprzedaże będzie zakup co najmniej jednej (z pełną świadomością nie wyznaczam sobie górnej granicy) sukienki w kwiatki. 

Jednak tym razem jeszcze bardzo standardowy zestaw - biała koszula i czarna spódnica. Taka stylizacja nadaje się idealnie do biura, ale też na zakończenie roku szkolnego czy akademickiego (chociaż nie jestem pewna, czy stara zasada "biała bluzka i czarna spódnica" nadal obowiązuje). Koszula ma rozszerzany rękaw, który dodaje urozmaicenia i sprawia, że strasznie ciężko się ją prasuje :) 
Nie byłabym sobą gdybym nie dodała czegoś kolorowego. Jednym z moich ukochanych dodatków są apaszki. Wcale nie zrażam się komentarzami, że wyglądam jak stewardessa. Można wręcz przyjąć, że to komplement, bo przedstawicielki tego zawodu z reguły wyglądają bardzo stylowo.
Dużą chustę można zarzucić na ramiona, a w pracy zdjąć i prezentować się jak najbardziej profesjonalnie. Do wszystkiego dobrałam czerwoną torebkę (która mimo małych rozmiarów mieści kindla) oraz czarne buty na obcasie. 

Bluzka - Zara
Spódnica - Zara
Chusta - Mango
Buty - Bravo moda
Torebka - Simple
Zegarek - Lorus 

fot. Adam Myszkowski