środa, 9 sierpnia 2017

Odgrzewany kotlet


Generalnie lubię jak jest ciepło, ale upały w mieście są ciężkie do zniesienia. W tak gorące dni dziękuję niebiosom za pracę w klimatyzowanym biurze. W tym okresie walka o dostęp do sterowania klimatyzacją pomiędzy amatorami chłodu, a wielbicielkami ciepła ustaje (rodzaj żeński został tutaj użyty nie bez powodu*).
Tegoroczne upały przypomniały mi o niewykorzystanych zdjęciach z zeszłego roku. Jest to trochę odgrzewany kotlet - po pierwsze dlatego, że zdjęcia są zeszłoroczne (już zdążyłam zapomnieć jakie długie włosy miałam!), a po drugie - było podobnie gorąco i rzeczywiście miałam wtedy wrażenie, że się usmażę. Nawet lniana koszula i jasne kolory nie pomogły.
Białe spodnie w takie upały stanowią często podstawę moich stylizacji. Jest to chyba ogólny trend, że białe spodnie nosi się głównie w ciepłe dni. Daje się to wytłumaczyć z punktu widzenia fizyki - białe ubrania nie nagrzewają się tak w upalne dni jak ciemne.
Do białych spodni dodałam błękitną koszulę oraz beżowo-brązowe dodatki (określenie dokładnego koloru butów i torebki nadal pozostaje dyskusyjne). 
Zapraszam do oglądania zdjęć - ich dodatkowym atutem jest to, że zostały wykonane w iście biurowym otoczeniu - w okolicach biurowca Spire. Jak pisałam już wielokrotnie - dzięki temu blogowi mam okazję odwiedzać i poznawać nowe, ciekawe miejsca w stolicy.

Koszula - Lambert
Spodnie i torebka - Zara
Buty - Ryłko
Bransoletka - Yes
Zegarek -  Lorus

*Podobno holenderscy naukowcy (tak - nie amerykańscy, a holenderscy) wyjaśnili, czemu kobiety mają problem z niską temperaturą w biurze. Ciało mężczyzny wydziela więcej ciepła niż ciało kobiety. Natomiast w większości krajów przepisy dotyczące preferowanej temperatury w przestrzeniach biurowych pochodzą z lat 60. ubiegłego wieku i uwzględniają odczuwanie ciepła przez mężczyzn w wieku 40 lat, o standardowej wadze 70 kg. W Holandii przepisy te uznano wręcz za dyskryminujące (trudno się nie zgodzić :)).
Pocieszające jest jednak to, że biurowe walki o temperaturę nie są tylko fanaberią moją i moich koleżanek.


 fot. Adam Myszkowski












A na koniec coś na ochłodę...